Good work, sister!

Na jednym z wykładów zastanawialiśmy się, czy ten plakat jest seksistowski. Według dzisiejszych standardów - pewnie tak. Mężczyzna patrzy z uznaniem (a może też odrobiną kokieterii?) na drobną kobietę, jest zaskoczony tym, że jest w stanie pracować na równi z nim. Oboje mają na sobie niemal identyczne robocze stroje. Ale ta sama koszula u niego eksponuje szerokie barki, a jej sylwetkę skutecznie ukrywa. Z włosami schowanymi pod chustką, nie jest śliczną pin-up girl, znaną z wielu plakatów promujących zaangażowanie kobiet w służbę wojskową. 















Na zdjęciach z tych czasów widzimy zarówno kobiety takie jak ona - ubrane w nietwarzowe drelichy, jak i te, które nawet składając maski gazowe starały się wyglądać równie elegancko, jak przed wojną na herbacie z koleżankami.



















Podczas II wojny światowej w amerykańskiej armii służyło ok. 400 tys. kobiet. Wielokrotnie więcej zastąpiło mężczyzn w fabrykach, głownie tych pracujących na potrzeby wojska - zatrudniały się przy produkcji amunicji, w hutach, stoczniach, w wielu dziedzinach osiągając lepsze wyniki niż mężczyźni. Wyjątkowe warunki sprawiły, że wiele ścieżek kariery, dotychczas zamkniętych przed kobietami, otworzyło się.

Zakończenie wojny i powrót weteranów znów radykalnie zmieniły ich sytuację. Kobiety wróciły do domów, kuchni i wychowywania dzieci. A plakaty zaczęły pokazywać je niemal wyłącznie jako idealne panie domu, które niestety przerasta otworzenie butelki, ustawienie pralki czy prowadzenie samochodu, choć jeszcze kilkanaście lat wcześniej były w stanie produkować bomby i pilotować myśliwce.















Jak pokazały badania Betty Friedan, szczęśliwe zakończenie opowiadań publikowanych w czasopismach kobiecych podczas wojny oznaczało zwykle zdobycie przez bohaterkę ciekawej pracy lub podjęcie nowego wyzwania. Te 10 lat późniejsze - znalezieniem męża.

Share:

0 komentarze